
Szaro za oknem, szaro w pokoju i tylko syjamek spoglądający leniwie z nad monitora i herbatka zimowa jakoś trzymają mnie przy życiu dnia dzisiejszego. Przemoczone zupełnie buty uniemożliwiają wyjście gdziekolwiek, choć moja kochana miejscowość jest tak zasypana, że przebijanie się przez rozmoknięte zaspy jakoś mnie nie pociąga.
Gdyby nie awantura, jaka się wydarzyła w piątek, pewnie dziś siedziałabym w pracy i licznik pieniążkowy biłby sobie wesoło, ale niestety, czasami spotyka się na swojej drodze ludzi, z którymi nie da się współpracować. My mieliśmy do czynienia właśnie z takimi starymi babami po 50 –tce, które to chyba zazdrościły nam dwa razy wyższych stawek godzinowych. Pierwszego dnia, co chwila leciały tylko lekkie docinki pod nosem, lecz już drugiego, od samego początku awantura wisiała w powietrzu. Najpierw nie odpowiedziały na nasze „dzień dobry”, ale widać kultura, to rzecz nabyta, i nie każdemu się udało. Potem było już tylko gorzej. Co chwila jedna raszpla, którą ochrzciliśmy mianem „nosatej” gapiła mi się na ręce, starała się pouczać, choć sama wykonywała pracę niezdarnie i wychodziła co chwila na papieroska. Posypały się docinki, niby, że to między nimi wymieniane. Potem, trzeba było rozpakować samochód z nowej dostawy teczek, jaka przyjechała, i tak jak swoim psiapsiółom wydawały po małej partii, tak ja dostawałam stertę potrójną, że ledwo mogłam ją unieść. A na koniec, dowiedziałam się od „nosatej”, że jestem idiotką, że tylko gadam bez sensu, że nie pracuję i że w ogóle, co ja tu robię. Duże Mru usłyszało, że ma iść na studia, a w ogóle to się ostrzyc, bo Jezusa przypomina. Zawsze wydawało mi się, że Jezus był jak najbardziej pozytywną postacią, ale widać się myliłam, według tych dam. I tak to opuściliśmy pracę w Raszynie, gdyż mogliśmy zrobić to, albo po prostu zdzielić raszple po pysku. A z policją nie lubię mieć zbyt dużo do czynienia.

Święta minęły jak zwykle, czyli nudno. Posiedzenie przy stole (jak zwykle jadłam tylko pierogi i oliwki), potem prezenty (o dziwo, bardzo udane, zwłaszcza Syjamek od Dużego Mru, moje małe marzonko).
Sylwestra spędziliśmy z Mru wreszcie we dwoje, po części dlatego, że tak chcieliśmy, a po części, że musieliśmy opiekować się szczeniakiem, którego jakiś czas temu przygarnęła siostra Dużego Mru. Ale nie mam co narzekać, bo było naprawdę wspaniale. Może poza małym incydentem, po którym czuję się trochę dziwnie przychodząc do brzydala do domu.
Ale powoli zaczyna mi brakować siły na wyrozumiałość. A nadal nie umiem wyrazić tego, co dzieje się wewnątrz. Po prostu się boję. Ale powoli mam dość tego, że cokolwiek zostanie u Dużego Mru w domu, albo ginie, albo zostaje zniszczone, czy to przez domowników, czy przez psa. A tłumaczenie „No co mam zrobić, przecież mnie w domu nie ma” już nic nie zmienia, bo ja po prostu milknę, a problem kłębi się wewnątrz nadal. Nowy śpiwór, który zostawiłam mu, żeby było mu ciepło, najpierw wylądował u jego siostry, a potem na podłodze, gdzie już wielokrotnie został obsikany czy obsrany przez psa, pasek (jedyny, jaki już został, dodatkowo pamiątka po moim dziadku) jest już na końcówce pogryziony, słuchawki zginęły, mój sweter też. Powoli to wszystko mnie przytłacza, bo nie rozumiem, jak można nie szanować czyichś rzeczy. Wiem, że to nie Jego wina, ale na pewno da się coś zrobić, chociażby posprzątać samemu, albo porozmawiać z domownikami o całej sytuacji. I tak wiem, co usłyszę… Zawsze jest to samo. Przez tą całą sytuację odchodzi mi ochota na dosłownie wszystko, czy na zabranie się wreszcie za przygotowanie do sesji (na szczęście w tym semestrze mam głównie prace zaliczeniowe), czy za sprzątanie w pokoju, czy na sprawy, dotyczące tylko nas dwojga. Chyba powoli się poddaję i wycofuję. Nie mam już siły o tym Mu mówić, bo słyszę w kółku tą samą odpowiedź. A potem rodzi się już tylko agresja… Jest coraz gorzej.
Nie poszłam też na terapię, nie chcę jej. I tak wiele zrobiłam, idąc do poradni zdrowia psychicznego dla dzieci. Kartka z adresem, pod jaki powinnam się zgłosić gdzieś zaginęła. Tak jest lepiej. Chyba…
Z matką coraz gorzej. Nie znam jej, nie chcę znać. Nie rozumiem już niczego. Zapadam się w sobie…
A obrazek po prostu mnie ujął, chyba tak się ostatnio czuję.. Po prostu bezsilna.

by
Cat
2006-01-04 14:56:35
skomentuj (7)
Wrrr. Jak ktoś jest pozytywnie nastawiony do życia, to niech nie czyta, bo mu przejdzie. Cały dzień po prostu od poranka po linii pochyłej w dół zleciał, aż wreszcie teraz osiągnął swoje apogeum. Ale od początku. Obudziłam się (trzeba było już w tym momencie zaniechać czynności i się zakopać w kołderkę) przez głupi budzik, którego zapomniałam wyłączyć o godzinie 8.00, co w przypadku położenia się o 4 nad ranem nie wróży dobrego nastroju. Wyłączyłam i poszłam odespać jeszcze kilka godzin. Wstałam o 12.00 i zaczęłam się martwić o Duże Mru, które dnia poprzedniego poszło na nockę do pracy z zapaleniem oka. Duże Mru przypałętało się ok. 12.30,więc się trochę uspokoiłam. Potem na scenę weszła moja matka, z awanturą, że przecież wczoraj, miałam poświęcić godzinę Ance (moja siora) żeby ją podszkolić w angielskim. Ciekawe, kiedy miałam to zrobić, gdy gówniaż przyszedł zmęczony do domu o 15, a ja o 17 musiałam już wyjść, żeby Dużemu Mru zawieźć jedzenie na nockę do pracy i jeszcze je kiedyś zrobić. Tak wiec po rozmowie z matką byłam już na tyle podburzona, żeby jawnie atakować Duże Mru (przepraszam kochanie), a jak tylko moja kochana babcia usłyszała, że ktoś na mnie wrzeszczy, to musiała i ona się na mnie podrzeć, bo przecież takich okazji się nie przepuszcza. A teraz na koniec dostałam śliczną karteczkę z poczty, że na takowej czeka na mnie paczka. Byłoby fajnie, gdyby przynajmniej listonosz spróbował ją przynieść do mnie do domu, albo tak jak zwykle to robi, zostawił ją u sąsiadów, choć wątpię, żeby w tym czasie jak był, nikogo w domu nie było. Więc jutro będę musiała wtelepać się na rower i pojechać do zapyziałej dziury, do jakiej dostarczają paczki, gdy nikogo nie ma w domu, i odebrać futerał do aparatu, przez co prawdopodobnie spóźnię się mocno na praktyki. Po prostu piękny dzień. Chyba muszę coś ze sobą zrobić, bo zwariuję… Vince ratuj!!!

Jak to dobrze, że tylko do środy mam zajęcia, a potem to już chyba tylko zapaść w sen zimowy i nie wyłazić już wcale, aż do wiosny.
A co do paczki jeszcze, w moim domu są trzy samochody, mojej matki (nowy, z Niemiec sobie sprowadziła jakiś miesiąc temu), mojego ojczyma, i mojego wujka, i oczywiście nikt nie może jutro mnie na pocztę podrzucić, co by im zajęło 20 min. A nie mnie ok. 1.5h, no bo po co się przemęczać, jak oni będą potrzebować, to zrobią awanturę, że jestem nieużyteczna.
I jak znowu usłyszę, że oni naprawdę nie wiedzą, na co ja tyle pieniędzy wydaję, to chyba wezmę nóż i im wytłumaczę, że np. jak sobie kupuję płyn do kąpieli, to nie po to, żeby mój szanowny wujaszek, prał sobie w nim skarpety, bo ładnie pachnie!
Będę mordować.

by
Cat
2005-12-15 21:29:51
skomentuj (4)